Reklama w Internecie

Sierpień 2nd, 2010

Statystyki powinny być w dwóch typach jedne dla wydawcy drugie dla reklamodawcy. Dla wydawcy i administratora mają być z funkcjami jak xannstat.com. Jeśli chodzi o reklamodawce to statystki przebiegu reklamy – zliczanie odsłon i unikalnych kliknięć w banery, obliczanie efektywności CTR statystki przebiegu reklamy.

Dodawanie, edytowanie, usuwanie reklam przez administratora i reklamodawce z tym że reklamodawca może usuwać i edytować ale musi mieć potwierdzenie od admin. Przy reklamach graficznych dodawanie reklamy ma być przez upload plików lub przez kod html, java script. Jeśli chodzi o reklamę kontekstową wyświetlanie w postaci jak Google AdSense, Adkontekst u ustalanie tu wyglądu wielkości czcionki itp.

Jeśli chodzi o wydawcę chce aby posiadały pełne statystki z emitowanych kampanii reklamowych CPM, CPU, CPD, ATT ilość wyświetleń z każdego dnia i potem sumowane z całego miesiąc. By było wiadomo ile zarobił. Oczywiście reklamy moje prywatne nie będą liczone do zarobku wydawcy może być tylko informacja ze np. takie reklamy był wyświetlane.

Moduł klienci
Zarządzanie bazą klientów ( edytowanie usuwanie itp. ).
Utrzymywanie kontaktu z klientami za pomocą funkcji wysyłania wiadomości e-mail.

Modele emisyjne

Sierpień 2nd, 2010

Zliczanie odsłon i unikalnych kliknięć w banery, obliczanie efektywności CTR
Obsługa banerów w formacie Flash, jpg,gif itp.
Funkcja banerów pływających
Możliwość określenia reklamy alternatywnej (np. Google AdSense, Adkontekst)
Wyświetlania banerów w kilku miejscach na stronie dzięki strefom – chodzi tu o ustalanie gdzie dana reklama w jakim miejscu na stronie ma się pojawiać
Programowalny start kampanii
Model emisyjny zakłada w jaki sposób będzie następowało rozliczenie za emisję reklamy.
CPM (Cost Per Mille) – koszt za tysiąc, w tym modelu podstawą rozliczenia jest 1000 odsłon danej formy reklamowej.
CPU (Cost Per User) – koszt na użytkownika, ten model określa zrealizowanie konkretnej liczby skierowań unikalnych użytkowników poprzez kliknięć w kreację reklamową, która zaprzestanie być wyświetlana w chwili osiągnięcia zamierzonych skierowań.
CPD (Cost Per Day) lub FF (Flat Fee) – koszt na dzień, opłata za z góry określony czas emisji reklamy.
ATT (All The Time) – wykorzystując ten model reklama będzie wyświetlana nieprzerwanie od daty startu kampanii
Chce również określać target reklamy np. o jakie godzinie ma się wyświetlać reklama i w jakim dniu.

Tworzenie stron, projektowanie stron www, Internet, sklepy internetowe

Czerwiec 12th, 2010

Można śmiało napisać że są takie rodzaje działalności które z racji swojego profilu są ponadlokalne, gdyż ich usługi są dostępne dla każdego z danego regionu językowego kulturowego a nawet szerzej ( jeżeli się weźmie pod uwagę tłumaczenia stron i tworzenie ich wersji w różnych językach) Z pewnością do takich firm należą te które specjalizują się w takiej dziedzinie jak tworzenie stron www. Dla potencjalnego kontrahenta nie ma zupełnie znaczenia czy taka firma ma swoją siedzibę w mieście takim jak Gostyń, Kościan, Rawicz czy Wschowa, czy też zupełnie innym w kraju albo poza jego granicami. To co przede wszystkim jest przedmiotem zainteresowania to jakość świadczonych usług oraz kwestia cen ( głównie relacja ceny do jakości- dominująca świetna firma ma prawo stosować wysokie stawki i nikt nie będzie z tym dyskutował ci których nie stać na jej usługi zwyczajnie poszukają wykonawców z niższej nieco półki) Oczywiście odchodząc na chwilę od czystego pragmatyzmu a przynajmniej pozornie można powiedzieć że są tacy przedsiębiorcy dla których jest właśnie ważne to że wybiorą firmę której specjalnością są sklepy internetowe właśnie wpisując hasło tworzenie stron internetowych Leszno. Poza samym domniemanym lokalnym patriotyzmem jest to też postawienie na łatwość i komfortowy kontakt z firma z tego samego miasta jak i ewentualnie korzystniejszą cenę ( firma z większego miasta może zaproponować wyższą cenę tylko dlatego że jest właśnie z większego miasta a nie że jej usługi są aż o tyle lepsze) Podsumowując trzeba bardzo jasno i wyraźnie stwierdzić że bez względu na siedzibę firma która specjalizuje się w dziedzinie takiej jak tworzenie stron internetowych nie będzie w najbliższym czasie narzekać na brak klientów a wręcz przeciwnie mając na uwadze trend na rynku raczej będzie miała problem z wyrobieniem się w terminach i zwyczajnie z nadmiaru pracy nie będzie niektórych zleceń przyjmować.

Koniecznie stwórz własną stronę internetową!

Czerwiec 7th, 2010

Modą wręcz w obecnych czasach można nazwać to iż miażdżąca część przedsiębiorców zarówno tych dużych jak i mniejszych poszukuje wykonawców którzy stworzą na ich specjalnie zamówienie stronę www. Działają w ten sposób bez względu na to czy ich działalność wymaga takiego kroku w celu zwiększenia i poprawy wyników finansowych czy tez nie, zwyczajnie posiadanie strony www jest konieczne i już, jej brak jest traktowany jako wyraz zacofania i brak wyobraźni marketingowej. Również firmy, pojedyncze osoby prowadzące działalność gospodarczą w mieście takim jak Leszno poszukują tych którzy stworzą dla nich stronę. Najczęściej rozpoczynają swoje poszukiwania od wpisania w wyszukiwarkę hasła tworzenie stron internetowych Leszno chociażby po to by przekonać się ile w ich własnym mieście działa podmiotów prowadzących taka działalność i jaki jest miedzy nimi poziom konkurencji ( co jest konkretnie sprawdzane na dalszym etapie ewentualnego kontaktu) Dzięki temu że jest mimo wszystko coraz więcej takich podmiotów a właściwie wzrost ich liczby jest logiczna konsekwencja rosnącego popytu na usługi, kiedy ktoś szuka firmy której głównym profilem działalności jest tworzenie stron internetowych będzie mógł wybierać między wieloma potencjalnymi wykonawcami. Również w takiej sytuacji kiedy planuje w ramach własnej działalności otworzyć sklep intranetowy, niejedna firma prezentuje na swojej stronie głównej sklepy internetowe które stworzyła na zamówienie innych podmiotów. Jest to prezentacja własnych możliwości która ma na celu przyciągnięcie klientów. Ponieważ niejeden klient decyduje się na dana usługę tylko dlatego że widzi iz zrobiły to wcześniej znane firmy z jego branży.

Rodzaje niepowodzeń w sieci

Czerwiec 7th, 2010

Problem wykrywania PMTU polega na tym, że jego skuteczność jest całkowicie uza-
leżniona od zdolności nadawcy do odebrania komunikatu ICMP „fragmentation
required but DF set” i ustalenia optymalnych ustawień dla danego połączenia. Pakiet,
który spowodował wysłanie komunikatu, zostanie odrzucony przed dotarciem do celu,
więc musi być wysłany ponownie po odpowiednim zmniejszeniu jego rozmiaru.
Jeśli nadawca nie otrzyma tego komunikatu, to nie może wiedzieć, że pakiet nie dotarł
do celu. Powoduje to w najlepszym razie opóźnienie transmisji, a w najgorszym razie
zablokowanie połączenia na czas bliżej nieokreślony, gdyż retransmitowane pakiety
również raczej się nie będą mieścić w łączu, dla którego maksymalny dopuszczalny
rozmiar pakietu jest za mały dla wysyłanych danych.
Rzecz w tym, że wcale nie ma gwarancji, że nadawca otrzyma komunikat ICMP gene-
rowany w reakcji na pakiet niemieszczący się w łączu. W niektórych sieciach wszystkie
komunikaty ICMP są po prostu ignorowane w źle pojętym interesie bezpieczeństwa.
Czyli nawet gdy router wyśle odpowiedni komunikat, to i tak wcale nie musi on do-
trzeć do celu.
Skąd pomysł odrzucania komunikatów ICMP? Po prostu w przeszłości zdarzało się,
że niektóre takie komunikaty stanowiły zagrożenie dla bezpieczeństwa. Zbyt duże lub
pofragmentowane pakiety ICMP powodowały w wielu systemach błąd pamięci jądra
(tak zwany „ping of death”), natomiast wysyłanie komunikatów ICMP na adresy roz-
głoszeniowe służyło do wywołania burzy odpowiedzi na podstawiony adres IP (atak
„Smurf”) i do wykonywania ataków DoS. Co więcej, błędnie skonfigurowane systemy
często interpretowały ogłoszenia routerów2
— specjalny rodzaj komunikatów rozgło-
szeniowych — jako polecenia modyfikacji ustawień sieciowych. Systemy takie ak-
ceptowały ogłoszenia bez sprawdzania ich wiarygodności, co stwarzało jeszcze jeden
ciekawy kierunek ataku. I tak właśnie doszło do tego,  że wielu obawia się ICMP
i odrzuca jego pakiety.

Stanowe filtrowanie pakietów

Czerwiec 7th, 2010

Rozwiązanie problemów filtrów bezstanowych wymaga składowania przez firewall
niektórych informacji dotyczących dotychczasowego ruchu sieciowego oraz stanu
bieżących strumieni danych. Tylko w ten sposób można niezauważalnie dla użytkow-
nika przewidywać wyniki składania fragmentów czy też ustalać kontekst pakietów
przesyłanych w ramach połączenia w celu określenia, czy należy je odrzucić jako nie-
dopuszczalne, czy też przepuścić do oczekującego na nie odbiorcy.
Rozwój tanich i wydajnych technik komputerowych pozwolił tworzyć znacznie bar-
dziej złożone i zaawansowane firewalle niż dotychczas. Oznacza to przejście do sta-
nowego śledzenia pakietów, czyli sytuacji, w której firewall nie tylko bada pojedyn-
cze pakiety, ale również pamięta kontekst każdego pakietu w ramach połączenia
i sprawdza poprawność pakietu w tym kontekście. Dzięki temu firewall może szczel-
nie chronić sieć i odrzucać niepożądane lub niespodziewane pakiety bez konieczności
polegania na umiejętności odróżniania danych pożądanych od niepożądanych przez
odbiorcę. Stanowe filtry pakietów starają się śledzić poszczególne połączenia i dopuszczać
do odbiorcy tylko te dane, które faktycznie należą do aktywnych sesji, dzięki czemu
zapewniają one znacznie lepszą ochronę i większe możliwości rejestrowania ruchu
sieciowego.

Moje zainteresowania

Maj 10th, 2010

Sztywny

Maj 10th, 2010

Szosą pędzi samochód. Pośród zmierzchu źrenice lamp wypatrują mety. Tak, meta już blisko: Jeziorany, 20 km. Jeszcze pół godziny jazdy i koniec. Wóz ciągnie do celu, ale jest to jazda na słowo honoru: stara maszyna nie wytrzymuje długiej trasy.
Na dnie ciężarówki leży trumna.
Czarne pudło okala girlanda kaprawych aniołków. Najgorzej na wirażach: pudło przesuwa się i może przygnieść nogi tym, którzy siedzą na burcie.
Szosa gnie się teraz w ślepe zakręty, podchodzi w górę. Motor wyje o kilka tonów wyżej, potem zaczyna czkać, zachłystuje się i gaśnie. Znowu defekt. Z szoferki wychodzi umorusana postać. To Zieją – kierowca. Wczołguje się pod wóz, szuka uszkodzenia. Z tego ukrycia oczernia poroniony świat. Spluwa, kiedy rozgrzany smar kapie mu na twarz. W końcu wypełza na środek szosy, żeby otrzepać się i powiedzieć:
– Klops. Nie ruszy. Wolno palić.
Co tam palić. Nam chce się płakać!
Jeszcze dwa dni temu był Śląsk, kopalnia „Aleksandra-Maria”. Temat wymagał rozmowy z kierownikiem hotelu robotniczego. Zastałem go w gabinecie, kiedy objaśniał coś sześciu młodym dryblasom. I ja się przysłuchałem.
Oto sprawa:
W czasie odstrzału osunęła się bryła węgla i przygniotła górnika. Ciało wydobyto, ale już doszczętnie zmasakrowane. Nikt nie znał bliżej zabitego. Pracował w kopalni zaledwie 2 tygodnie. Ustalono personalia: nazwisko – Stefan Kanik, wiek – 18 lat. Ojciec mieszka w Jezioranach, na Mazurach. Dyrekcja porozumiała się telefonicznie z tamtejszą Radą Narodową. Okazuje się, że ojciec jest sparaliżowany, nie może przyjechać na pogrzeb. Prośba władz jeziorańskich: czy nie można by przewieźć zwłok do miasteczka? Dyrekcja kopalni wyraża zgodę, daje samochód, poleca kierownikowi hotelu robotniczego znaleźć sześciu ludzi do konwoju trumny.
To są ci wezwani.
Pięciu godzi się, jeden odmawia: nie chce tracić na zarobku. Powstaje luka. Czy mogę jechać na szóstego? Kierownik kręci głową: redaktor w roli karawaniarza? Pierona, to ci afera!
Ta pusta szosa, ten wrak ciężarówki, to powietrze bez smugi wiatru. Ta trumna. Zieją wyciera szmatą zaoliwione ręce.
– No i co? – pyta. – Mieliśmy być na wieczór. Leżymy na krawędzi rowu, w trawie pociągniętej patyną kurzu. Boli grzbiet, bolą nogi, pieką oczy. Sen wprasza się na kompana. Ciepły, łaszący, nachalny.
– Śpimy, chłopy – mówi miękko Wiśnia i kuli się w kłębek.
– No i co – zagaduje znowu Zieją – śpimy? A co z tamtym?
Nieładnie, że przypomina. Sen ugodzony tym pytaniem stygnie, cofa się. Leżymy w udręce zmęczenia, a teraz także niepokoju i niepewności, zapatrzeni tępo w niebo, którym przepływa srebrna ławica gwiazd. Mamy coś postanowić.
Mówi Woś:
– Zostaniemy do rana. Rano któryś pójdzie do miasta, sprowadzi traktor. Nie ma się co śpieszyć, nie piekarnia.
Mówi Jacek:
– Do rana nie można czekać. Lepiej to załatwić szybko, jak najszybciej.
Mówi Kostarski:
– Wiecie, jakbyśmy go tak wzięli i zanieśli? Chłopak był mikry, trochę go zostało pod węglem. Ciężaru dużego nie ma. Do południa będziemy kwit.
Ta myśl jest szaleńcza, ale najlepsza! Nagiąć bary i taskać. Jest wczesny wieczór, drogi nie więcej niż 15 kilometrów, oczywiście, że doniesiemy. Zresztą nie tylko o to chodzi. Skurczeni na krawędzi rowu, odepchnąwszy pierwszą pokusę snu, czujemy z dojmującą pewnością, że nieruchome czuwanie z trumną niemal nad głową, wśród wszechobecnego mroku, wobec zdradliwego zaczajenia krzaków i głuchego milczenia horyzontów na każdy nasz krzyk i wezwanie, że to apatyczne, ale pełne męczącego napięcia wyczekiwanie świtu byłoby nie do zniesienia. Już lepiej iść, lepiej go dźwigać! Przyjąć jakąś czynną postawę, poruszać się, mówić, burzyć ciszę emanującą od czarnej skrzyni, udowadniać światu i sobie, przede wszystkim sobie, przynależność do królestwa żywych, w którym intruzem, obcą i niepodobną już do niczego kreaturą jest on, ten zaśrubowany, ten sztywny.
Zarazem też godząc się na wysiłek tragania upatrywaliśmy w nim jak gdyby formę ofiary składanej zmarłemu na odczepnego, aby uwolnił nas od swojej obecności, natarczywej, okrutnej i upartej.
Ciężko zaczyna się ten marsz z trumną na grzbiecie. Świat oglądany z tej pozycji kurczy się do małego wycinka: wahadło nóg poprzednika, czarny płat ziemi, wahadło własnych nóg. Mając wzrok uwięziony w tym ubogim krajobrazie człowiek odruchowo wzywa na pomoc wyobraźnię. Tak, ciało jest spętane, ale myśl pozostaje wolna!
– Jakby teraz ktoś jechał i nas dojrzał, toby musiał nawiać.
– Wiecie, jak się zacznie ruszać – rzucamy i zjeżdżamy.
– Żeby tylko nie było deszczu. Jak namoknie, to się zrobi ciężki.
Nie, deszczu nic nie zapowiada. Jest ciepły wieczór, niebo olbrzymie i czyste unosi się nad uśpioną ziemią, wysyłającą w przestrzeń cykania świerszczy i miarowy postuk naszych kroków.
– Siedemdziesiąt trzy, siedemdziesiąt cztery, siedemdziesiąt pięć – liczy kroki Kostarski. Przy dwustu następuje zmiana. Trzech przechodzi na lewo, trzech – na prawo. Potem na odwrót. Kant skrzyni, ostry i twardy, wgniata się w mięśnie barku. Od szosy skręciliśmy w leśną drogę, idziemy skrótem, niemal nad brzegiem jeziora. Po godzinie nie uszliśmy więcej jak trzy kilometry.
– Jak to jest? – zastanawia się Wiśnia. – Ktoś ginie i zamiast iść do piachu, kręci się po ziemi i męczy innych. Mało tego. Oni się męczą, żeby on mógł się kręcić. Jak to jest?
– Gdzieś pisało – powiada Jacek – że w wojnę, w Rosji, na polach bitew, kiedy topniał śnieg, ukazywały się sterczące w górę ręce. Jechałeś drogą i widziałeś tylko śnieg i te ręce. Masz pojęcie: tylko to. Człowiek, jak się skończy, nie chce zejść drugim z oczu. To ludzie go chowają przed swoim wzrokiem.
Żeby mieć święty spokój, chowają go. Sam by się im nie usunął.
– Tak jak ten nasz – mówi Woś. – On by z nami szedł po całym świecie. Tylko go wziąć. Nawet myślą, że można by się przyzwyczaić.
– I pewnie – drwi z tyłu Gruber – zawsze każdy sobie weźmie coś niepotrzebnego na kark. Jeden karierę, drugi króliki, trzeci żonę. To my możemy jego.
– Nie mów o nim źle, bo cię kopnie w ucho – ostrzega Woś.
– Nie będzie taki groźny – uspokaja się Gruber. – Cały czas jest grzeczny. Pewnie był równy.
Ale właściwie nie wiemy, jaki naprawdę był. Żaden z nas nie oglądał go na oczy. Stefan Kanik, lat 18, zginął w wypadku. Nic więcej. Teraz możemy też dodać, że ważył jakieś 60 kilo. Młody, szczupły chłopak. Reszta jest tajemnicą. Jest domysłem. I oto ta zagadka, która obrała tak niewidomy i nieznany kształt, ten obcy, ten sztywny, włada szóstką żywych, zagarnia ich myśli, wycieńcza ich ciała i w chłodnym, nieprzeniknionym milczeniu przyjmuje składaną mu daninę wyrzeczenia, uległości, dobrowolnej zgody na tak dziwacznie uformowany los.
– Jak był równy, to nie szkodzi tyrać – stwierdza Woś – a jak aplegier, to go zaraz do wody.
Jakim był! Czy można ustalić takie fakty? Tak, na pewno! Tragamy go chyba piąty kilometr i utoczyliśmy już beczkę potu. W ten szczątek zainwestowaliśmy więc masę trudu, nerwów, spokoju. Ten wysiłek, ta nasza cząstka przechodzi na sztywnego, podnosi jego walor w naszych oczach, jednoczy nas z nim, brata poprzez granicę życia i śmierci. Ustępuje wzajemna obcość. Staje się nasz. Nie chluśniemy go do wody. Skazani na coraz dotkliwiej odczuwany ciężar, będziemy wypełniać dalej, aż do zupełnego końca, swoją misję.
Las podchodzi nad brzeg jeziora. Jest mała polanka. Woś zarządza odpoczynek i zaczyna robić ognisko.

John List – seryjny morderca

Maj 10th, 2010

Rodzina List’ów
Rodzina List’ów zamieszkiwała ogromny dom w stylu wiktoriańskim, w spokojnym, zamożnym mieście Westfield w stanie New Jersey. John List był z zawodu księgowym, miał 46 lat. On i jego żona Helena byli małżeństwem przez prawie 20 lat. Mieli troje dzieci: 16-letnią Patrycję, 15-letniego Johna i 13-letniego Freddiego. Matka Johna List’a, Alma, będąc w podeszłym wieku również mieszkała razem z nimi we własnym oddzielnym apartamencie położonym na trzecim piętrze. Dzieci List’ów uczęszczały do lokalnych szkół. Wszystkie prowadziły bardzo czynny tryb życia. Były lubiane. John List był pobożnym luteraninem, prowadził zajęcia w szkółce niedzielnej.
Na jesieni 1971 roku dom List’ów świecił pustkami. Rodzina wyjechała w odwiedziny do chorego krewnego. Kiedy jednak minął cały miesiąc, a w domu List’ów nic się nie działo, sąsiedzi zaczęli coś podejrzewać i zawiadomili policję. Policjanci sprawdzili dom. Dostali się do środka przez otwarte okno. Dom był zimny, nie było widać żadnych oznak życia. Słychać było jedynie muzykę. Przypominała pogrzebową pieśń żałobną. Przebywających we wnętrzu domu funkcjonariuszy wprawiło to w silną konsternację. Policjanci poczuli tez słaby zapach rozkładającego się ciała. Jego źródło odnaleźli w największym pomieszczeniu domu.
Makabryczne odkrycie
Cztery ciała, każde leżące na przesiąkniętym krwią śpiworze, równiutko ułożone jedno tuż przy drugim. Ofiary zostały zidentyfikowane jako Helena List i jej troje dzieci. Wszyscy zostali zastrzeleni z niewielkiej odległości. Policjanci zauważyli krwawy ślad na podłodze wskazujący, że Helena i jej dzieci zostali zastrzeleni w kuchni, a potem zaciągnięci do pokoju balowego. W kuchni funkcjonariusze policji znaleźli torby pełne zakrwawionych papierowych ręczników, przesiąkniętą krwią szczotkę. Dowody, że morderca po dokonaniu morderstw posprzątał. Policjanci przeszukali pozostałe pomieszczenia domu. Na trzecim piętrze dokonali kolejnego odkrycia. Piąte ciało 84-letniej Almy List. Strzelono jej w głowę. W holu policja znalazła dwa pistolety i list adresowany do pastora miejscowego kościoła, do którego uczęszczała rodzina List’ów. Oto fragmenty: “…Wiem, że to co zrobiłem jest złe.(…) Z pewnością wielu ludzi będzie się dziwić, jak ktoś mógłby zrobić coś tak okropnego.(…) Matka jest w korytarzu na strychu. Była zbyt ciężka, żeby ją przenieść.(…)” List był nie tylko wyznaniem ale też wytłumaczeniem, był podpisany przez Johna List’a.
Niedawno List stracił dobrze płatną posadę w banku i borykał się z problemami finansowymi. Obawiał się, że jego rodzina musiałaby być zmuszona zwrócić się z prośbą o pomoc do opieki społecznej. Miał także inne problemy. Jako pobożny chrześcijanin, List obawiał się, że jego rodzina odwraca się od religijnego trybu życia. Podejrzewał, że niedługo przestanie chodzić do kościoła. Nie akceptował entuzjazmu z jakim jego córka podchodziła do zamiaru robienia kariery aktorskiej. Tę profesję uznawał za niemoralną. List doszedł do wniosku, że jest tylko jedno miejsce, w które może wysłać członków rodziny, żeby ocalić ich dusze. “…Przynajmniej mam pewność, że wszyscy poszli do nieba…”. List dostarczył kilku szczegółów dotyczących morderstw.
Agonia jego najstarszego syna, Johna, trwała długo. Był naszpikowany kulami. Strzały padały tak długo, aż List nie upewnił się, że dziecko jest martwe. “… John jest poraniony najbardziej, bo wydawało się, że ciągle walczy…” Wyznanie List’a obejmowało także opis ostatnich chwil spędzonych przez niego z rodziną. “…Zmówiłem za nich kilka modlitw z modlitewnika. Tyle mogłem zrobić…”
Kiedy rozniosła się wiadomość o morderstwie, sąsiedzi poinformowali policję, że łagodny księgowy był dziwakiem, o usposobieniu odludka.
Co dalej?
Po wymordowaniu rodziny, List porzucił samochód na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku. Na bilecie parkingowym była data 10 listopada. Z miasta wyjechał autobusem. Dobrze ukrył swoją zbrodnię. Minął miesiąc, zanim dostrzeżono jego zniknięcie. Policja i FBI rozpoczęły poszukiwania na całym świecie. Ale bez rezultatu.
18 lat później, detektyw Bernard Tracy nadal prowadził śledztwo. Zdecydował się wykonać ostatni wysiłek, aby odnaleźć Johna. Zwrócił się do ekspertów wykorzystujących sztukę i naukę przy tworzeniu ludzkich podobizn. Dokładny portret Johna, jako mężczyzny w średnim wieku mógł zobaczyć ktoś, kto wiedział gdzie go szukać.
Tracy przejął śledztwo w 1974 roku od detektywów pracujących nad sprawą od trzech lat. Dochodzenie było jednym z najskrupulatniejszych, jakie prowadziła policja w New Jersey. Poszukując śladów, detektywi sporządzili portrety psychologiczne List’a i jego rodziny. Jakkolwiek od 1974 roku śledztwo straciło impet, Tracy był przekonany, że John List żyje.
Najczęściej zdarza się, że osoba mordująca swoich bliskich niedługo później popełnia samobójstwo. Ponieważ wkrótce po morderstwie nie odnaleziono ciała Johna, można było przypuszczać, że nadal żyje. Pytanie tylko gdzie?
Popiersie
Aby się dowiedzieć, Tracy przekonał producenta telewizyjnego Johna Walsh’a, aby zademonstrował sprawę w swoim programie o uciekających przed sprawiedliwością pt. “America’s Most Wanted”. Z kolei producent zwrócił się do eksperta z Filadelfii. Artysta sądowy, Frank Bender, został poproszony o wyrzeźbienie twarzy List’a w wielu 63 lat. Rzeźbę miano zademonstrować w telewizji milionom widzów. Gdyby podobizna List’a w osiemnaście lat po zbrodni była wierna, mógłby on wreszcie zostać schwytany.
Wspomagając swoją wyobraźnię podczas postarzania twarzy, Bender sprawdza pochodzenie danej osoby. Bada też jej nawyki, które najczęściej się nie zmieniają. Zachowanie ma wpływ na sposób starzenia. Bender dokładnie poznał swój obiekt zanim rozpoczął pracę. Aspekty psychiki List’a przedyskutował z sądowymi i policyjnymi psychologami. Każda wskazówka dotycząca życia mordercy pomogła Benderowi stworzyć jego wizerunek. Dane te dotyczą stylu życia, fryzur, nawyków, zainteresowań, czynników dziedzicznych. Badana osoba jest bardzo drobiazgowo analizowana. Aby uzyskać konsultacje medyczne dotyczące procesu starzenia się, Bender udał się na wydział medyczny uniwersytetu w Pensylwanii. Skontaktował się ze specjalistami od chirurgii czaszkowej i twarzowej oraz od usuwania genetycznych deformacji twarzy. Wiedza specjalistów na temat wpływu starzenia się na twarz uczyniła ich wartościowymi sprzymierzeńcami.
Bender interesował się blizną pooperacyjną znajdującą się za uchem List’a. Razem ze specjalistami doszli do wniosku, że ucho powinno być położone blisko głowy. Jeśli miał operację na wyrostku sutkowym to powinien mieć tam wyraźną bliznę. Wraz z wiekiem powstające zmarszczki na szyi mogą uczynić bliznę mniej zauważalną.
Wspólnie przedyskutowali też wpływ starzenia się na wygląd powiek i brwi, które mogą się bardzo zmienić w ciągu 18 lat. Ostatecznie Frank Bender połączył swoją intuicje z tym czego się dowiedział się o sprawie. Jest rzeźbiarzem od ponad 30 lat. Swoje prace wystawiał prawie w całych Stanach Zjednoczonych. Bender przede wszystkim obserwuje zachowanie ludzi. Kiedy np. idzie po plaży, nie obserwuje morza tylko przygląda się ludziom. Interesuje go jak się zachowują, jak wyglądają, czym różnią się od siebie.
Rozpoczynając pracę nad rzeźbą Johna List’a, Bender miał problem. Musiał stworzyć trójwymiarowy model dysponując fotografią zrobioną z przodu. Nie było ujęć bocznych, ani trzy-czwarte. Musiał się oprzeć na własnym doświadczeniu zawodowego fotografa. Szacując wielkości trójwymiarowe opierając się jedynie na świetle i cieniu.
Zazwyczaj dysponuje się wszystkimi fotografiami uciekinierów. Najważniejszą rzeczą jest zachowanie rozmiarów czaszki, podobnie jak przy rekonstrukcji twarzy. W tym tkwi podobieństwo. Jeżeli przedłuży się głowę, to automatycznie zmieni się rozmiar czaszki, która jest wewnętrznym fundamentem. Podczas rzeźbienia sprawdzał wyniki swojej pracy z rysunkami wykonanymi na folii na podstawie 21-letniego zdjęcia. Powiększył stare zdjęcie do wymiarów naturalnych i odrysował je na folii. Następnie przykładał folię do rzeźby, sprawdzając czy zachowuje rozmiary czaszki. Kiedy twarz nabierała kształtów, Bender zagłębiał się w psychikę Johna List’a.
Bender uważał, że John List chciał być w pewnym sensie niepozorny. Chciał się wtopić w otoczenie, nie chciał robić zamieszania. Potrzebował w życiu trochę spokoju, którego nigdy nie zaznał przy żonie. Napawało go to lękiem. Możliwe, że radził sobie z tym przy pomocy kościoła. Ale to była krótkotrwała ulga. W domu był kompletnie przytłoczony.
Po ukończeniu pierwotnej rzeźby, Bender z asystentką wykonali jej gipsowy odlew. Krok po kroku jego dzieło nabierało kształtu. Bender lepiej znał twarz List’a niż swoją własną. Po wyjęciu popiersia z formy, Frank Bender mógł dopracować ostatnie szczegóły twarzy mordercy.
John Emil List uniknął wykrycia przez FBI przez ponad 20 lat. Jego odnalezienie zależało od Franka Bender’a i jego zdolności wyobrażenia sobie Johna List’a jako sześćdziesięciolatka. Bender przypuszczał, że morderca tracił włosy. Ukształtował policzki znając styl życia Johna List’a. List nie był wysportowany, za to lubił dobrze zjeść. Wokół oczu zaczęły się pojawiać zmarszczki. Wyglądał na zmęczonego. Bender wyrzeźbił również kawałek krawata, koszuli i płaszcza, ponieważ uważał, że List będzie się zawsze tak ubierał. Bender czuł, że lata ukrywania zbrodni odcisną piętno na twarzy Johna. Dlatego zdecydował się skierować kąciki ust w dół. Jest to wpływ nie tylko wieku, ale i strachu przed aresztowaniem. Na koniec dobrał okulary dla postarzonego List’a. Poszukiwał stylu, który pasowałby do mordercy całej rodziny nazywającego siebie chrześcijaninem. Zdecydował się na grube oprawki. List mógł chcieć wyglądać srogo i autorytatywnie, zniechęcając do interesowania się jego przeszłością. W końcu rzeźba była gotowa do zaprezentowania.
Robert Clark
21 maja 1989 roku miliony ludzi w Stanach Zjednoczonych zobaczyły wykonaną przez Franka Bender’a rzeźbę Johna List’a. Jednym z widzów była kobieta z Denver w stanie Kolorado. Po zobaczeniu popiersia zadzwoniła na policję. Przypominało jej sąsiada, Roberta P. Clarke’a, który przeniósł się do Wirginii. Podążając tym tropem, agenci FBI natrafili na mężczyznę nazywającego siebie Robert Clarke w biurze w Richmond. Po osiemnastu latach, były to ostatnie dni Johna List’a na wolności. Kiedy agenci przyszli po niego twierdził, że nie jest Johnem List’em. Miał jednak bliznę na szyi, a odciski palców odpowiadały odciskom mordercy. Na tej podstawie agenci dowiedli, że Robert P. Clarke i John List to ta sama osoba.
Od czasu zbrodni John List ożenił się i zaczął pracować jako księgowy. Sadził, że nigdy nie zostanie ukarany za to co zrobił w 1971 roku. Dla detektywa Bernarda Tracy był to koniec długiej drogi. Morderca został schwytany po osiemnastu latach. Pod każdym względem podobieństwo rzeźby Franka Bender’a do twarzy Johna List’a było niezwykłe.
Na sali sądowej wyjawił sposób dokonania mordu. Kiedy dzieci wyszły do szkoły, John List zaczął wprowadzać swój plan w życie. Strzelił swej żonie w tył głowy, prawie przykładając do niej pistolet. Potem wszedł dwa piętra wyżej, do pokoju swej matki. Jej ciało pozostawił na górze domu. Zwłoki żony położył na śpiworze. Wciągnął do pokoju balowego. Wreszcie wyczyścił ślady krwi. Tego popołudnia zamordował jeszcze po kolei wszystkie swoje dzieci, które osobno wracały do domu. Najstarszy chłopiec, John, podjął walkę. List wypalił dziesięć razy. Ciała dzieci zaciągnął do największego pomieszczenia w domu. Ułożył je na śpiworach obok zwłok matki. Wyczyścił krwawe ślady. Zagłada rodziny List’ów została w ten sposób doprowadzona do końca. Po egzekucji List zmówił modlitwę. Potem napisał list do swego pastora, przyznając się do popełnienia morderstw. Wyłączył ogrzewanie aby zwolnić proces rozkładania się ciał. Nastawił radio na stację nadającą muzykę klasyczną i rozpoczął życie uciekiniera.
Wyrok
John Emil List został uznany za winnego pięciu morderstw pierwszego stopnia. Skazano go na pięciokrotne dożywocie.
Oto słowa sędziego prowadzącego sprawę Johna Emila List’a: “…Nazwisko Johna Emila List’a będzie już zawsze przywodzić na myśl egoizm, grozę i zło. Jest to człowiek, który potrafił chłodno i z premedytacją stworzyć i wykonać tchórzliwy plan zamordowania wszystkich swoich dzieci…”
Został osadzony w więzieniu stanowym w New Jersey.

Budowa oscyloskopu cz. 2

Maj 10th, 2010

W tej części zajmiemy się budową lampy oscyloskopowej, która jest główną częścią oscyloskopu elektronicznego. Umożliwia ona wzrokową obserwację zmiennych przebiegów elektrycznych, których maksymalna szybkość zmian jest ograniczona jedynie bezwładnością elektronów. Lampa oscyloskopowa składa się z trzech podstawowych części :
- działa elektronowego, które emituje i skupia elektrony w cienką wiązkę,
- systemu odchylającego strumień elektronów,

- ekranu wysyłającego światło pod wpływem bombardowania elektronami.
Całość zamknięta jest w balonie szklanym lub ceramicznym, z którego usunięto powietrze. Strumień elektronów może być odchylany polem elektrycznym za pomocą cewek odchylających. Cewki odchylające wymagają do wytworzenia odpowiednio silnego pola magnetycznego przepływu stosunkowo dużego prądu, a indukcyjność i pojemność cewek ogranicza zakres częstotliwości ich stosowania. Z tego też powodu w oscyloskopach elektronicznych z reguły stosowane są lampy  z odchylaniem elektrycznym. Działo elektronowe znajduje się w tylnej, zwężonej części balonu i składa się z całego szeregu elektrod wspartych na szklanych lub ceramicznych prętach, do których przymocowane są płytki  odchylające. Poszczególne elektrody działa wyprowadzone są do cokołu zamykającego szyjkę lampy. Doprowadzenia płytek odchylających wyprowadzone są bądź to do cokołu, bądź droga krótszą bezpośrednio przez ścianki boczne balonu. Skupiony przez działo strumień elektronów uderza w ekran pokryty specjalną substancją zwaną luminoforem, która przetwarza energię  kinetyczną elektronów na energię świetlną w zakresie widzialnego
przez oko ludzkie.